Seria
F1 | 24 lutego 2016
Oda do Monte Carlo, czyli jak Patryk Krutyj znowu wygrał
Grand Prix Monako padło łupem kierowcy Mercedesa, Patryka Krutyja, a podium uzupełnili Paweł Andrzejewski oraz Marcel Pawiński. Emocjonujący wyścig na wyjątkowym torze Monte Carlo opisał w wyjątkowy sposób Mateusz Ziubiński.
Bando! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię obił. Dziś twardość twą w kryspinowskiej ozdobie,
widzę i opisuję, bo kuleję po tobie.
Trwa nowy sezon w świecie wirtualnych wyścigów w sieci,
na Grand Prix Monako cieszyły się wszystkie dzieci.
Na ciasne ulice zawitały bolidy - przyjechało F1, Ci z hołoty też tam byli.
Bardziej niż o bandy, od początku weekendu o ścinanie wszyscy się martwili,
Kusiło więcej niż bardzo - w treningach liczni kierowcy tor w szykanach opuścili...
Rafał Cupał miał wtedy pełne ręce roboty,
by każdego ocenić i wystawić mu 13.3c noty.
W kwalifikacjach jednak wszyscy powściągnęli swe zaloty,
i w miarę czyste zaliczyli szybkie nad torem przeloty.
Ku zdziwieniu całego zgromadzenia
(zdobywając nawet uznanie pewnego Menela),
najszybszy w kwalach był Paweł Andrzejewski z Caterhama,
ponoć w sporym zdziwieniu była nawet jego mama.
Niestety w bolidach F1 zabrało nam Pieczyka,
który z gorzkim żalem w GP2 PIT STOPy połyka...
Na starcie w niedzielę wszyscy się ustawili,
a przynajmniej Ci, którzy się zgłosili.
Stawka podzieliła się nam trochę z uwagi na opony,
Ci z tyłu założyli medy, a Ci z przodu super softy.
Wyłamał się tylko Pablos - on był przynajmniej szalony,
bo startując z pierwszego pola uciekać nie miał ochoty...
W jego bolidzie opony z białym paskiem założono,
a na wielką próbę wszystkich za nim wystawiono...
Bo przecież twardsze opony o 2 sekundy wolniejsze były
i w związku z tym każdego na SSach za takim Pablosem by spowolniły.
Stąd też na starcie atmosfera była bardzo gorąca,
a wszyscy ruszyli rozpędzeni prosto w stronę słońca!
W Sainte Devote doszło do pierwszego spotkania,
ale wyjątkowo ubyło się bez skrzydeł urywania.
Pablos nie tak źle z miejsca bolidem ruszył,
ale pewnie potem nieco się obruszył,
bo startujący za nim trochę go docisnęli
i mówiąc krótko - po prostu go wyminęli.
Prawdziwy horror rozegrał się zakrętów kilka dalej,
gdzie na dojeździe do Mirabeau Max Prus nie wyhamował.
Zdekapitował przez to bolidy środka stawki całej,
a Aleksy Mainusz poleciał, uderzył, urwał, a na koniec... dachował...
Reszta mniej lub bardziej zszokowana,
dalej popędziła mocno skotłowana.
Stawka dosyć szybko się rozproszyła,
a czołówka za chwilę z oczu Krutyja straciła
Andrzejewski na czwarte miejsce zepchnięty,
nie był tym faktem zanadto przejęty.
Większym utrapieniem bowiem dla niego było,
że dwóch kogucików tuż za nim się ustawiło.
Dąbrowski i Ziubiński na miększych oponach,
uciemiężeni znaleźli się w Caterhama na medach szponach.
Długi czas podążali za zielonym bolidem,
wiedząc, że wyprzedzenie w Monako graniczy z cudem.
Nieco dalej Rafał Cupał spokojnie podróżował
i resztę stawki za sobą trochę przyblokował.
Po kilku kolizjach i paru zderzeniach,
pewnej liczbie ataków i niewielu wyprzedzeniach,
najmiększe opony z paskiem czerwonym,
postanowiły zacząć się kończyć w trybie przyspieszonym...
Kierowcy powoli zaczęli zjeżdżać do alei,
nie to że wszyscy na raz - odbywało się to po kolei.
To nieco zaburzyło stabilność w przyrodzie,
bo ten co miał miększe, teraz medy założył w swym bolidzie.
Kierowcy z tyłu dalej pędzili pomiędzy barierami,
nie liczyli się przy tym ze sporymi stratami,
które generowały delaminujące opony,
które dzięki większej twardości odroczone w czasie miały swoje zgony.
Przez to dochodziło do sytuacji bez sensu,
w środowisku komentatorskim nazywanymi, rzecz jasna, bez precedensu.
Bowiem ci, co z pit stopów wyjeżdżali,
na wlekących się kierowców na medach natrafiali.
Przez to załamało się kilka strategii,
niektórzy kierowcy na tym trochę polegli.
To wszystko grało na korzyść Krutyja pewnego,
który bez żadnego wahania dążył do zwycięstwa kolejnego.
Za nim Babiński z Pawińskim trochę się iskali,
bo wtedy jeszcze zagrożenia za strony Andrzejewskiego i Młynka nie wyczuwali.
A kierowcy beztrakcyjni wyglądali tak jakby ze sobą nieco współpracowali.
Warty odnotowania jest także fakt, iż chyba w pewnej chwili herbata się rozlała,
i słynnego Czarka, który jak wiemy jest słaby, z toru nam zabrała.
Jak już tak niedojechanych kierowców trzymać się zaczęliśmy,
to historię Adama Jurzysty przybliżyć tutaj powinniśmy.
Kierowca Saubera, który miał w Monako sporo namieszać,
i swoim bolidem innych kierowców rozgrzeszać,
chyba przed startem trochę się rozproszył
i do wyścigu nawet.... nie ruszył.
Wszyscy wiemy co przyczyną mogło być tego,
prawdopodobnie chodziło o SMSa, a pewnie nawet nie jednego!
Rywalizacja za trudna dla Rogozika się okazała,
bo dekapitacja przedniego skrzydła tak po prostu go wyeliminowała.
Mimo kilku odpadnięć Monako nie zebrało żniwa ogromnego,
bo do mety dojechało aż 15 kierowców, z uwzględnieniem Czepieli ostatniego.
Różne strategie miały zamieszać w końcówce
i ciekawe wizje rodziły się już w niejednej główce.
Jednym z bardziej zaskoczonych Krutyj się okazał,
kiedy w pewnym momencie na rzecz Andrzejewskiego prowadzenie przekazał.
Bardzo zdziwiony być musiał wszakże,
bo jedynych, których na torze widywał, to dublowanych, a jakże!
A gdzieś tam nieco z tyłu w okolicy miejsca piątego,
budziło się urażone po Australii Młynka Macieja ego.
Nie zapomniał on o hańbie przez Ziubińskiego wykonanej
i drugiej pozycji na finiszu inauguracji odebranej.
Szykował on plan zemsty i powrotu na piedestał chwały,
na samą myśl o tym Maciej drżał nam cały.
Udało mu się wyprzedzić McLarena w śmietnikowym kolorze,
cóż to był za atak w pierwszym zakręcie - ŁO MÓJ BORZE!
To jednak tylko tętno w głowie Młynka podkręciło
i do kolejnych odważnych prób ataku go zachęciło.
Rywalizacja w czołówce nieco przyćmiewała zdarzenia w dalszej części stawki,
a tam także mieliśmy bardzo duże adrenaliny dawki.
Walczył tam Hamburg, był tam też Brzozowski,
a nawet bracia Cupały po kaskach nieco się łupały.
Z pewnego dystansu przyglądał się Kulesza temu,
który dalej nie może otrząsnąć się po niemałym zdziwieniu,
w jakie wprowadził go widok bolidu jego,
który dwoma siusiakami pracował na swoje ego.
W finalnej fazie wyścigu Dąbrowskiemu udało się wyprzedzić kolegę swego,
mamy tutaj na myśli naturalnie Mateusza Ziubińskiego,
który to z kolei w ten weekend na wszystko mocno narzekał,
na tor, na bandy i na to, że ciągle swe kapcie przypiekał.
Kiedy wydawało się że stawka już się ułożyła,
że z powrotem na pierwsze miejsce Krutyja przywróciła,
że już nawet Dams Łukasz nie ma jak zrobić Liuzziego,
a Damian Wolkiewicz nie rozbije Toro Rosso swojego
i że generalnie nie wydarzy się już nic specjalnego -
Maciej Młynek powiedział, że to nic bardziej mylnego.
Rozpędzony wścieknięty byk czerwony,
który wydawał sie być coraz bardziej nieposkromiony
(a także trochę ze swojej piątej pozycji niezadowolony),
w samej końcówce zaczął swój marsz po trupach do celu,
którym było ukończenie na podium tego wielkiego burdelu.
Dwóch kierowców na jego drodze stało
i ścieżkę ku wielkiej chwale i pieniądzom zagradzało.
Pierwszym z nich był Adrian Babiński z Lotusa,
którego podwójny siusiak w jego bolidzie mniej niż Kuleszę porusza.
Na przedostatnim okrążeniu musiał on skapitulować
i w pełnym honorze w ostatnim zakręcie jadącemu piecem Młynkowi honory odsalutować.
Rozpoczęło się wtedy ostatnie wyścigu okrążenie,
jedni już obliczali typera, inni czekali już tylko na zbawienie.
Krutyj ze spokojem już zmierzał po wygraną
i szykował mowę na cześć i uznanie dla Andrzejewskiego składaną.
Ziubiński już jechał na resztach kapci do mety,
będąc ostatnim niezdublowanym - o rety!
Tymczasem w głowie Młynka już się gotowało,
co przed wielkim wyzwaniem Pawińskiego stawiało.
W jego bolidzie też już zmęczone były opony,
liczył on jednak, że nie zostanie z podium strącony.
Od samego początku tego weekendu nieco wycofany się wydawał,
kto go tam wie, może liczył, że wygra, a może po prostu udawał.
Na pewno jednak nie spodziewał się tego,
że Młynek będzie chciał pozbawić podium bolidu jego.
Prawie całe ostatnie okrążenie w spokoju i trybie full control podróżował,
jednak Mohito plan ataku na ostatnich metrach pieczołowicie szykował.
I gdy wjechali oni do sektora ostatniego,
doszło do erupcji wszystkich emocji jego.
Postawił on wszystko co miał na swoje powodzenie
i liczył na szczęśliwe i pomyślne ataku przeprowadzenie.
Minęli szykanę pod basenem i do Rascasse już się zbliżali,
Młynek nie odpuszczał, w przedostatnim zakręcie trochę się podotykali.
Pawiński już na pewno czuł nóż na gardle swoim przyłożony przez szefa swojego teamu,
jednak nie chciał sprzedać tak tanio skóry, nawet bosowi swemu.
Już trochę poobijani i coraz bardziej zakłopotani do ostatniego zakrętu się zbliżali,
w lekkiej zadumie, może zamyśleniu, przepustnice w swoich bolidach muskali,
wtem nagle na wewnętrzną Młynek wyskoczył i niewątpliwie Pawińskiego trochę zaskoczył.
Wcisnąć mu się chciał bowiem pod łokieć w ostatnim zakręcie,
wymawiając przy tym dla podium Williamsa AVADA KEDAVRA zaklęcie!
Marcel był w szoku, nie wiedział co robić,
nie chciał przecież tak łatwo dać się pobić.
Próbował złożyć się do zakrętu tak jakby tam Młynka nie było,
niestety był - i to ostatecznie Pawińskiego zgubiło.
Odbił się on od Red Bulla niczym Pieczyk od silvera,
ale na szczęście dla niego ilość miejsca zostawiona przez Młynka (niczym limes ->) dążyła do zera.
Maciej Mohito wskoczył na podium na ostatnich metrach wyścigu,
a wszystko to po jakże widowiskowym (ale niezgodnym z interpretacją Rafika regulaminu) pościgu.
Marcel nie miał zamiaru wybaczyć Młynkowi ataku takiego
i szykował skargę niczym kosę między żebra dla kolegi swojego.
Ponoć o siódmej, a według innych opinii już koło dziewiątej blisko,
przyszło na Mohito zażalenie niczym samolot na radomskie lotnisko.
Wszyscy zszokowali się z uwagi na takie zagranie,
"Ja nie składam skarg" - wielu zna te słowa na Team Speaku wypowiedziane.
A smaczku do tej afery godzina przesłania dodawała,
bo odpowiedź skargą na skargę uniemożliwiała.
I znowu wróciły stare dobre czasy gównoburzy tak zwanej,
tak bardzo przez wszystkich fanów popcornu i maści na ból dupy lubianej.
Dyskusja na temat tej zagrywki trwała przez kilka stron forum ogólnego
i zmusiła do cofania wstecz archiwum użytkownika niejednego.
Długo trwały debaty na temat manewru Młynka czystości,
ostatecznie postanowienie zapadło zgodnie z interpretacją panującego nam jego Wielmożności.
Rafał Cupał musiał przekopać całą treść regulaminu,
bo uznał, że punkt 13.3c nie zda w tym przypadku egzaminu.
W ten sposób poznaliśmy wszyscy nową regulację numerem 15.2 ostemplowaną,
a zapewne bardzo nielicznej grupie w odpowiedniej interpretacji znaną...
Wyznacza ona bowiem pomiędzy walczącymi porachunki,
i wylicza ilości pozostawionego między nimi miejsca stosunki.
Mówiąc pokrótce Młynek dopuścił się do złamania punktu tego,
ponieważ zmusił Williamsa do opuszczenia toru przez białe linie wyznaczonego.
Sytuacja ta była całkowicie nie bez kozery i absolutnie bez precedensu,
bo jak można opuścić tor, którego opuszczenie wydaje się nie mieć szans i sensu.
Bo przecież to Monako, tor ograniczony bandami twardymi niczym skały,
nie mógł ich przekroczyć żaden bolid i wyjść z tego cały.
A bądź co bądź Pawiński do mety dojechał,
ale na swoje szczęście ukarania Mohito się doczekał.
Młynek dostał najmniejszy możliwy wymiar kary,
ale utracił tak czy siak zgromadzony na dwóch ostatnich kółkach dorobek cały.
Wszyscy pozostali w degustacji i poruszeniu,
po w ostatnim momencie skargi przez Marcela złożeniu.
Jednak w Monako zawsze zdarzają się historie bez precedensu,
jedni rozbijają się już na starcie, inni robią 7 pitów trochę bez sensu.
Co by jednak nie działo się dziwnego
i tak na mecie zwycięzcę mamy znowu tego samego.
Patryk Krutyj trzeci krok w stronę mistrzostwa stawia
i rozmów na temat ustąpienia z tronu kategorycznie odmawia.
I w taki też sposób Grand Prix Monako zostaje zaliczone,
poniżej wyniki i wypowiedzi kierowców są zamieszczone.
A i ja tam z kierowcami byłem, opony i skrzydła ukatrupiłem,
A com widział i słyszał, w tym dennym wierszu umieściłem.
Wypowiedzi kierowców:
Paweł Andrzejewski (P2): Marzenia o pierwszym wygranym wyścigu w F1 muszę odłożyć na późniejszy termin. Jechało mi się wyśmienicie, niejednokrotnie zastanawiałem się, skąd bierze się moje tempo wyścigowe, które po prostu było z kosmosu. Start, tak jak przewidywałem - przegrany. Nie było opcji wyjść z tego zwycięsko, ponieważ rywale mieli wprowadzone ulepszenia do silnika, który bardzo przydaje się podczas startów. Niestety, miałem jeszcze okazję wyratowania sytuacji, ale przez własną głupotę przestrzeliłem pierwszy zakręt i spadłem na czwartą pozycję. Obrałem bardzo ryzykowną strategię startu na twardszej mieszance, przez co moi rywale zaczęli mi odjeżdżać. Plan zakładał stratę 16 sekund straty przed pierwszą serią pit-stopów, co po części powiodło się. Podczas drugiego stintu pojechałem niebotycznie, prawdopodobnie wspiąłem się na wyżyny swoich możliwości, przez co odrobiłem dużą część do jadących wtedy przede mną Marcela i Adriana, a nawet tego drugiego wyprzedzając. Udało się wpasować z pit-stopami tak, że praktycznie ani razu nie jechałem bezpośrednio za rywalami. Trzeci stint był taki sobie, jechałem spokojnie, gdyż wiedziałem, że jestem w stanie odrobić stratę do Patryka. Nadszedł ten ostatni stint. Wszystko szło zgodnie z planem - odrabiałem 2 sekundy na okrążeniu do Patryka i według moich obliczeń dojechałbym do niego na okrążenie przed metą. Wtedy moje radio pokładowe odmówiło posłuszeństwa, co zwolniło mnie. Żeby tego było mało, na nawrocie obróciłem bolid o 180 stopni, przez co straciłem - jak się potem okazało, kluczowe 6 sekund do Patryka. Na metę wjechałem ze stratą nieco ponad 5 sekund, co uznaję za połowiczny sukces. Jest to co prawda pierwsze podium w mojej karierze w F1, lecz brakuje tej wisienki na torcie, szczególnie, że moje osiągi pozwalały na zajęcie najwyższego stopnia podium. Z Monako wyjeżdżam w dobrym humorze, skąd kieruję się z całą karuzelą do Kanady. Tor jest w porządku i kluczowe będzie dla mnie pierwsze 15 okrążeń. Liczę na drugie z rzędu podium.
Adrian Babiński (P4): Start z 3. pozycji był okazją na dobry wynik. Nie wyszło. Już na początku wiedziałem, że będzie grubo jak ponad 20 bolidów stanęło na starcie. Gra wolno chodziła i bałem się spina, przez co P. Krutyj uciekł w chuuuu.., hen daleko a ja rozpaczliwie broniłem się przed M. Pawińskim. Dałem się wyprzedzić, ale później, jak kilku kierowców się wycofało to mogłem przyspieszyć i trochę ryzykowałem. Potem ja naciskałem Marcela. Obaj mieliśmy słabe tempo. Pod koniec niespodziewanie pojawił się M. Młynek z nowiutkimi super softami. Lekko poradził sobie ze mną i wyprzedził też kierowcę Williamsa. Starałem się nie ścinać, ale widziałem, że niektórzy w ogóle się tym nie przejmowali i cięli te szykany jak szaleni.
Mateusz Ziubiński (P7): GP Monako przy tak zdawkowym przygotowaniu nie ma szans na powodzenie. W takich temperaturach bolid zupełnie się nie prowadził, opony zużywały się w kosmicznym tempie, a do tego miałem ogromnego pecha do korków na torze. Najpierw blokowanie przez Andrzejewskiego na twardszej mieszance, a potem ciągłe wyjazdy z boksów za walczącymi zawodnikami. Jak to mówią - no trudno!
Jacek Hamburg (P8): Wyścig i tempo było całkiem porządne do feralnego urwania skrzydła... Nie do końca wiem co się stało i dlaczego wylądowałem na bandzie. Zużycie opon typu medium nie było jednak znowu tak duże jak się spodziewałem i postanowiłem oszczędzić, aby zaryzykować i nieco na siłę zrealizować taktykę na 2 pity. Po nieplanowanym 1 pitstopie utworzył się za mną po jakimś czasie dość duży pociąg. Starałem się jednak jechać na tyle rozważnie by nie zużyć opon a utrzymać przeciwników za sobą w czym pomógł sam tor i jego charakterystyka. Następnie zjechałem po opony super-soft. Udało się dojechać do mety, ale nie forsowałem tempa i jechałem tak samo szybko jak zawodnicy za mną na oponach typu medium. Jednak bez takiej jazdy nie dojechałbym do mety... Ostatnie 3 okrążenia na zużytych oponach super-soft to był istny horror, ale utrzymałem 8 miejsce. Mogłem je jeszcze stracić w przedostatnim zakręcie gdzie na dohamowaniu opony całkiem odpuściły i wylądowałem na zewnętrznej bandzie, ale Rafał Cupał nie wykorzystał błędu. W drodze do pitlane po wyścigu jedna z opon dokończyła swój żywot. Za tydzień Kanada, jeden z moich ulubionych torów i liczę naprawdę na większe punkty.
Rafał Cupał (P9): Dziewiąte miejsce to jedna pozycja niżej, niż byłem dzisiaj w stanie ugrać. Końcówkę wyścigu przejechałem za Jackiem Hamburgiem, który był wyraźnie wolniejszy, ale miałem tylko jedną okazję do wyprzedzenia, na ostatnim okrążeniu, kiedy Jacek popełnił błąd, ale tego nie wykorzystałem. Tak jak się spodziewałem tempo było słabe, użyłem też mniej popularnej strategii - na dwa postoje. Nie wiem, czy była lepsza czy gorsza - nie mam zamiaru tego analizować. Wiem, że z pewnych powodów nie nadaje się do jazdy po Monako. Możliwe, że to zmieni się za parę sezonów, ale na razie mam nadzieję, że na pozostałych torach znów będę w stanie zgarniać więcej punktów dla zespołu.
Mateusz Kulesza (P12): Do wyścigu podchodziłem bardzo sceptycznie. Moim celem było dojechać do mety z dobrym tempem. Start miałem dobry, udało mi się tam wyprzedzić chyba 2 kierowców. Później walczyłem z Kołczem, on zjechał więc spokojnie jechałem na 12-13 pozycji (nie pamiętam). Jechałem spokojnie ale równo. Tempo miałem tragiczne ale tego się spodziewałem.
Na jednym o okrążeń popełniłem mały błąd, zarzuciło mi bolid, Kołcz we mnie uderzył i urwał skrzydło.
Strategie postojów miałem idealną, tempa nie było ale wyścig zaliczam do niezłych.
Damian Wolkiewicz (P14): Tragedia. Potraktowałem ten wyścig jako możliwość nabrania nowych doświadczeń w F1. Udało mi się poprawić tempo wyścigowe i tutaj nie było aż takiej klapy jak się zapowiadała, lecz nie dopisywało mi szczęście. Miałem problemy natury rodzinnej przed wyścigiem, wystartowałem bez koncentracji, potem przez te cholerne lagowanie zaliczyłem spina. Kilka okrążeń później znowu zlagowało w S3 i nie włączył mi się ogranicznik prędkości w pit lane... Do 32 okrążenia mimo potężnych strat (na całe szczęście nie była to wina tempa) zauważyłem, że jechałem podobnie jak rywale, a kierowców przede mną nawet doganiałem (pojawiły się lewackie myśli - co by było gdyby...) - ale spokojnie, spotkało mnie za dużo szczęścia i zostałem schłodzony poprzez błąd mechaników i założenie mediumów pod koniec wyścigu. Co ciekawe jechałem do samego końca na tych oponach za czołówką, która jechała na SS (co by było gdyby). W Kanadzie będą punkty.
Aleksy Mainusz (P19): Ależ się najeździłem dzisiaj. W Kanadzie liczę na nowy start sezonu.